Rowerem z Mostaru do Dubrownika

Rowery, tunele, wiadukty, góry i miny czyli rowerem z Mostaru do Dubrownika

– BOŚNIA I HERCEGOWINA

 

 

15 lipca 1901 roku pierwszy pociąg wyruszył w trasę   z Hercegowiny w kierunku Dubrownika. 1 września 2017 roku wyruszyliśmy i My! Trasa rowerowa  „CIRO”  prowadzi z  Mostaru do Dubrownika, szlakiem dawnej kolei wąskotorowej. Lata temu trasa częściowo została przekształcona w drogę asfaltową, łączącą małe wioski położone w górach. W roku 2016 w październiku oficjalnie została tu otwarta trasa rowerowa.

 

 

Trasę rozłożyliśmy na 2 dni. Łącznie przejechaliśmy ok 160km. Była to dla nas niesamowita przygoda, zostanie w naszej pamięci jako jedno ze wspanialszych przeżyć podczas naszych wyjazdów!

 

        Ścieżka ma swój początek w Mostarze na Placu Hiszpańskim.  My wyruszyliśmy z kempingu położonego w miejscowości Buna, gdzie dojechaliśmy dzień wcześniej. Pierwsze kilometry pokonaliśmy spokojnie jadąc wzdłuż Neretwy, drogą asfaltową, wśród pojazdów, kurzu i spalin.

 

          Malownicze widoki na rzekę i otaczające nas piękne górskie krajobrazy zrekompensowały nam te niedogodności.

 

 

          Jak to zwykle w takich sytuacjach bywa, po kilkunastu kilometrach zgubiliśmy szlak! Na naszej drodze stanął pierwszy tunel! Wejście do niego wyglądało przeokropnie. Śmieci, śmieci! Wśród śmieci odcięta głowa koguta, szkło, druty, ogólnie masakra! Ja z natury ostrożna, wyposażona w opis trasy i mapę negowałam przejście przez tunel – „To na pewno nie tu” – mówiłam! Paweł odważniak powtarzał, że tędy droga, przecież miały być tunele – „Pierwszy, a Ty się boisz! Chciałaś jechać, to teraz musisz przejść!” – Przeszliśmy, wśród śmieci, stąpając po guano, a nad głową fruwały nam olbrzymie nietoperze! Dodatkową atrakcję  – niekoniecznie dla mnie – stanowiły zapory z worków, ślad przeszłości wojennej z lat 90 XXw.  Po dotarciu na koniec tunelu okazało się, że drogi brak i musimy wracać – tu pomyślałam o minach.

 

 

               Kolejne kilometry to niecodzienna  przeprawa przez góry, kamienistą drogą wyciętą w zboczu  i zapierającymi dech w piersiach, niezwykłymi krajobrazami. Znajdujemy się na dość dużej wysokości, dzięki czemu możemy podziwiać spektakularny widok na Rezerwat Przyrody „Hutovo Blato”, uważany za jedno z największych zimowych siedlisk ptaków.

 

 

                      Przejeżdżamy przez wykute w skałach, wąskie wąwozy, stare  wiadukty (projektantem jednego z nich jest sam Eiffel – ten od wieży w Paryżu 🙂 ) i tunele, których ściany noszą ślady sadzy pozostawione przez parowozy. Tunele pokonywaliśmy z latarkami, prowadząc rowery, stąpając po wspomnianym już guano. Jest ich w sumie 13, wszystkie wykute ręcznie. Wspominam je z ogromną przyjemnością, panował tam chłód, który pozwalał na chwilę odpocząć od upału. Powoli pokonywaliśmy kolejne kilometry zachwycając się fascynującymi widokami i doświadczając poczucia odosobnienia, bo miejscowości brak, a jeśli nawet pojawiały się domostwa, to w większości opuszczone. Mieliśmy jednak szczęście. W kryzysowym momencie, kiedy skończyła nam się woda, a Paweł zaczynał z odwodnienia mieć problemy z logiką 🙂 , w jednym z zabudowań dostrzegliśmy kobietę, która pozwoliła nam nabrać wody z ogrodowego kranu. Rozpuściliśmy elektrolity i ugasiliśmy pragnienie. Trochę się obawialiśmy o nasze jelita, ale obyło się bez rewolucji.

 


 

 

               Jedną z pozostałości po czasach świetności tych terenów są budynki kolejowych stacji, jak przeczytaliśmy na tablicy informacyjnej jest ich 20. Robią niesamowite wrażenie. Budynki mocno już nadszarpnięte przez ząb czasu i wojnę, niektóre już zupełnie zrujnowane. Twórcy trasy zadbali, aby przetrwała o nich pamięć. Przed każdą stacją zamontowali tablicę z opisem jakie wyposażenie posiadała, jaką pełniła funkcję, oraz ilu zatrudnionych do jej obsługi było ludzi. Od momentu kiedy zjechaliśmy z asfaltowej drogi, wszystko wokół nas sprawiło, że czuliśmy się jakby ktoś przeniósł nas w inny czas, w inną rzeczywistość. Byliśmy oczarowani!

 

 

 

 

Przed końcem dnia podziwiamy jeszcze najdłuższy kanał betonowy 68km – koryto rzeki. Po ponad 80km docieramy do Ravna, gdzie w budynku po byłej stacji kolejowej działa Hotel i gdzie zaplanowaliśmy nocleg. Spotkanie z rzeczywistością było niesamowite. Po kilkudziesięciu kilometrach w odosobnieniu nagle znajdujemy się w cywilizacji. Budynek odnowiony ze smakiem, wnętrza bardzo ładne i nowoczesne, na ścianach klimatyczne zdjęcia związane z koleją. Jedzenie pyszne i oczywiście zasłużone, bardzo mocno zasłużone zimne piwo! Czuliśmy się jak królowie!

 

 

 

 

              Z nastaniem kolejnego dnia, kolejne kilometry przed nami. Po pysznym śniadaniu, chwila prawdy czyli czy uda się usiąść na siodełku i nie umrzeć z bólu. Spakowani ruszamy do jednego z dwóch okolicznych sklepów i zaopatrujemy się w wodę. Jak do tej pory była to najdroższa woda butelkowana w naszym życiu (sprzedawca kasował jak chciał)!

 

 

 

              Fenomenalne krajobrazy, słońce i niezwykłość sytuacji sprawiają, że zapominamy o zmęczeniu i uśmiechnięci pedałujemy dalej. Okazuje się, ku naszej ogromnej radości, że większa część drogi ma nawierzchnię asfaltową.

 

 

 

             Na tym odcinku trasy przejeżdżamy przez kilka miejscowości,  zbombardowanych, ostrzelanych i do dziś nie odbudowanych. Na własne oczy widzimy zrujnowane domostwa, opuszczone, wioski i tabliczki z ostrzeżeniami o minach. Tak blisko Dubrownika, a tak daleko od współczesności.

 

 

                    Przemierzamy kolejne kilometry pośród minowych pól oraz  bajkowych krajobrazów.  Żadne z nas nie chowa się już po krzakach, aby załatwić potrzeby fizjologiczne – tabliczki z informacją o minach zrobiły swoje. Tego co czujemy raczej nie da się opisać.

 

 

 

 

                    Na granicy Bośnia-Hercegowina z Chorwacją zastajemy ogromną kolejkę aut. Rowery dają nam przewagę nad autami, udaje nam się szybko dotrzeć do punktu kontrolnego i dzięki uprzejmości kierowców  zostajemy szybko załatwieni. Po kilku kolejnych kilometrach już w Chorwacji i już w towarzystwie samochodów, docieramy do Dubrownika. Ostatni odcinek udaje nam się pokonać wyłączoną z użytku starą drogą prowadzącą do Dubrownika, dzięki czemu uniknęliśmy dość stromego podjazdu i ogromnego ruchu samochodowego.

 

 

                   Dubrownik wita nas kroplami deszczu, jemy pizzę i czekamy na autokar, który ma nas dowieźć do Mostaru. Nie wiemy czy kierowca zgodzi się zabrać nasze rowery. Płacimy dość sporą kwotę  za przewóz naszych pojazdów (jeden 10 euro), ale jesteśmy szczęśliwi, że jedziemy! Droga jest długa, w autokarze duszno, na granicach męczące oczekiwanie na przejazd. Podczas jednego z postojów udaje mi się porozmawiać z kierowcą. Zgadza się wysadzić nas w miejscowości, gdzie zostawiliśmy auto na kempingu. Jesteśmy uradowani! Niestety radość długo nie trwa. W Medjugorje słyszymy przez głośnik w autobusie głos kierowcy informujący, że pasażerowie jadący w kierunku Mostaru muszą szybko przesiąść się do autokaru stojącego obok! Szybka akcja, przerzucili nasze rowery i jedziemy lekko zszokowani dalej. Po niedługim czasie zorientowaliśmy się, że dojedziemy do Mostaru  ale od innej strony niż planowaliśmy!

                    I stało się! Środek Mostaru, ciemna noc, my sami, bez internetu, niekoniecznie wiedząc, w którym miejscu się znajdujemy – „Pojedziemy na kemping rowerami” – po namyśle powiedział Pawełek. Oczywiście dla mnie był to pomysł nie do przyjęcia. Nie ogarnialiśmy kierunku, w którym mielibyśmy jechać, od dłuższego już czasu niebo rozświetlały błyskawice, no i niestety zmęczenie dawało o sobie znać. Do tego humor miałam dość mocno popsuty, bo okazało się, ze Paweł zostawił mój rowerowy kask w schowku autobusu. Po kilkuminutowych negocjacjach udało mi się załatwić taksówkę. Koszt jak na tę porę dnia i okoliczności niewielki (10 euro),  a taksówkarz jakimś cudem zmieścił nasze rowery do bagażnika swojego sedana, marki mercedes.

 

                 Na kempingu oszołomieni podróżą, nie zwracaliśmy uwagi  na szalejącą wokół nas burzę, strumienie deszczu i potężny wiatr. Popijaliśmy piwko, podziwialiśmy błyskawice i rozkoszowaliśmy się chwilą.

 

 

                    Dzięki uprzejmości sympatycznej Pani z recepcji na kempingu kask wrócił do mnie. Wiązało się to jednak ze zmianą planów podróży powrotnej, ale czego się nie robi dla kasku !

 

 

INFORMACJE PRAKTYCZNE:

– opis trasy, foldery, mapy znajdziecie na stronie : http://www.ciro.herzegovinabike.ba/

– na trasie raczej nie liczcie na sklepy i restauracje, zabierzcie ze sobą jak najwięcej wody pitnej i najlepiej elektrolity  w pastylkach

– pierwszy i w zasadzie jedyny na trasie nocleg znajduje się w Ravnie po przejechaniu ok. 90 km od Mostaru

https://stanica-ravno.com/

– kilka kilometrów za Ravnem, przy trasie rowerowej, znajduje się Jaskinia Vjetrenica, uznana w 1950r za Pomnik Przyrody

https://vjetrenica.ba/hr/

tandem_bike

Jedna myśl na temat “Rowerem z Mostaru do Dubrownika

  1. Swietna podróż, zachęceni opisem planujemy przejechać się tą ale w części. Planujemy dotrzeć samochodem od strony Chorwacji i przejechać się jakieś 30 km. Będziemy z dzieckiem. Mam pytanie który jej odcinek najbardziej polecicie? Ciekawe są i tunele i z pewnością dla chlopca pola minowe. Waszym zdaniem gdzie najlepiej zostawić samochód i na jakiej wysokości wbić się w trasę w którym kierunku ją przemierzyć? A może jakas pętelka? Bardzo dziękuję za podpowiedzi!!

Dodaj komentarz