Trasa rowerowa Parenzana. Triest, Włochy - Porec, Chorwacja.

Parenzana – rowerem przez trzy kraje.

        

  Działała w latach 1902 – 1935. Łączyła porty Triestu i Poreca z wioskami i miasteczkami we wnętrzu półwyspu Istria. Wagony transportowały wino, oliwę z oliwek, sól, kamień, wapno, węgiel, drewno, no i oczywiście ludzi.  604 zakręty, 9 tuneli o łącznej długości 1530m, sześć wiaduktów, kilka mostów, 16 stacji i przystanków,  123 km torów. Tak w liczbach wyglądała trasa kolejki wąskotorowej Parenzana.

         Dzisiaj  Parenzana to atrakcyjna trasa rowerowa. Przebiega przez terytorium trzech krajów. Włochy – 13 km, Słowenia – 32 km i Chorwacja – 78 km.

 

 

 

        Włochy nam dziś wyjątkowo nie sprzyjają! Jeździmy autem po Trieście, w męczącym miejskim upale, w poszukiwaniu głównego dworca autobusowego. Niby takie proste, dworzec główny, a jednak mamy z tym problem. Na dodatek wujek google nie chce pomóc!

           Dworzec namierzony, teraz musimy znaleźć bezpieczne miejsce na rowery. Będą tu na nas czekać przez noc. Po godzinie udaje nam się znaleźć dworcowy depozyt, kosztuje nas to 8 euro od szt.

          Dojeżdżamy w okolice Poreca w Chorwacji i na czwartym kempingu, wiemy już, że za nocleg na „free zone”, czyli kempingowej łące, musimy zapłacić 35 euro. Chcę uregulować płatność, lecz okazuje się, że kasa jest już nieczynna, a o 5 rano, kiedy będziemy wyjeżdżać, będzie jeszcze nieczynna! Korzystamy z propozycji recepcjonistki i śpimy na parkingu, przed kempingiem. Mamy dostęp do kempingowych sanitariatów, oczywiście nic nie płacimy.

 

Dzień pierwszy.

         O 5.30 zostawiamy auto na parkingu przy dworcu autobusowym w Porecu – koszt to 160 kun za dwa dni. Pakujemy się do autobusu. Kierowca jest zabawny, nieporadnie śpiewa w rytm muzyki z radia. Za oknami Istria w barwach porannego słońca.

 

 

           Stajemy na granicy do kontroli paszportów, ubrani na sportowo przyciągamy uwagę kierowcy. Zagaduje nas o cel podróży. Od tej chwili mamy wrażenie, że jest z nami wszędzie!

        W Trieście, w dworcowej toalecie przebieramy się w stroje rowerowe. Idziemy do depozytu, a tam nasz kierowca. Obsługuje nas poza kolejnością, co przyspiesza odbiór rowerów. Uzbrajamy rowery w sakwy, wychodzimy z budynku dworca, a tam kierowca! Udziela nam porady odnośnie trasy. Niestety nie korzystamy, czego potem żałujemy!

 

 

Na początek Triest

          Jest gorąco, jedziemy brzegiem morza, podziwiając zabytkowe zabudowania Triestu. Pawłowi wkręcają się sakwy w szprychy. Jedna z toreb jest rozdarta! Pawcio mocuje sakwy na bagażniku przy pomocy dętki rowerowej! System zdaje egzamin! Wytrzymuje do końca podróży.

 

 

         Po dwóch godzinach wreszcie opuszczamy Triest! Hałaśliwe, betonowe miasto trochę nas zmęczyło. Wjeżdżamy w leśny odcinek drogi, cieszymy się czystym powietrzem i otaczającą nas przyrodą. Przekraczamy granicę Włochy – Słowenia. Trasa rowerowa jest pierwszorzędnie przygotowana. Ma dwa pasy ruchu, są tu również miejsca postojowe.

 

 

Słowenia

 

 

          Mijamy malownicze wioski, tunele, kosztujemy świeżych fig, jest pięknie! Kilometry mijają, a my rozkoszujemy się widokami i zapachami. W okolicach miejscowości Koper ścieżka podąża ku morzu i aż do Izoli poprowadzona jest jego brzegiem.

 

 

              Na twarzy czujemy wiatr, a w nozdrzach zapach Adriatyku i rosnących tu drzew piniowych. Jesteśmy zafascynowani! W pełni możemy oddać się chwili, ponieważ jest bardzo bezpiecznie. Szeroka rowerówka jest zupełnie wyłączona dla ruchu silnikowego, obok ścieżka dla pieszych. Wszystko z widokiem na morze!

 

 

          Za Koprem mijamy stare solanki, z góry wyglądają nieziemsko. Przed granicą Słowenia – Chorwacja zatrzymujemy się jeszcze w małym barku na kawę. Wyjeżdżamy ze strefy Schengen, kolejka aut, ale my rowerami pokonujemy ją w kilka minut.

 

 

Chorwacja

 

          Pytamy napotkanego człowieka o drogę, bo trochę się pogubiliśmy. Kieruje nas na stromą kamienistą drogę. Jedziemy dalej! Zaczyna grzmieć i padać, znajdujemy stary, drewniany, przydrożny stragan i przeczekujemy największy deszcz.

       Przed nami najprzyjemniejszy i dla nas najciekawszy odcinek. Wjeżdżamy na „właściwe tory”. Do samego Poreca, prawie w całości trasa poprowadzona jest po starym torowisku. Oczywiście po torach nie ma śladu.

 

 

         Fenomenalne widoki ciągną się kilometrami! Trasa pnie się zboczem na dość dużej wysokości. Zakręt za zakrętem, objeżdżamy wzgórza, tak jak kiedyś pociąg – zapewne robił to nieco szybciej niż my. Pokonujemy tunele oraz wiadukty kolejowe. Nie sposób się na nich nie zatrzymać! Robią na nas niesamowite wrażenie. Człowiek doświadcza czegoś magicznego, czegoś w rodzaju przeniesienia w inny czas! Tunele ku naszemu zaskoczeniu są wyposażone w oświetlenie, uruchamiane czujnikami ruchu!

 

 

          Pod nami Istria w całej okazałości, ze swoimi gajami oliwnymi i winnicami. Jesteśmy zauroczeni soczystą zielenią dolin, która mocno odcina się od górskiego krajobrazu. Podziwiamy niesamowite małe miejscowości, usytuowane na szczytach wzgórz. Kamienne domki są powciskane jeden obok drugiego jak kolorowe klocki. To pozostałość po narodzie włoskim, który przez lata zamieszkiwał te tereny.

 

 

          Przejeżdżamy przez malownicze wąwozy. Skarpy porośnięte są tu kwitnącymi krzewami perukowców, a pobocza są jak malowane, ze swoimi kwitnącymi polnymi kwiatami i ziołami. Na niektórych odcinkach trasy nie ma miasteczek ani wsi, mijamy jedynie puste place, na których niegdyś stały dworce kolejowe. Są przy nich tablice informacyjne, dzięki którym orientujemy się w terenie. Jak tu dobrze!!! Brak turystów, piękne widoki – czyli to, czego zawsze szukamy i co lubimy!

 

 

          Po ok. 85 km docieramy do Livade. Opieramy rowery o restauracyjne ogrodzenie i rozsiadamy się na krzesełkach. Czas na zimne piwo! Czujemy się fenomenalnie! Zrobiliśmy to! Najtrudniejszy odcinek za nami!

 

 

          Odszukujemy dom, w którym mamy zarezerwowany apartament. Wieczorem z tarasu podziwiamy Motovun, malownicze miasteczko na szczycie wzgórza, jedno z najbardziej malowniczo wyglądających na Istrii.
Szybki prysznic i z powrotem do restauracji, na kolację. Jesteśmy głodni, a skończył nam się prowiant, miejscowy sklep jest już nieczynny.

          Razem z menu kelnerka przynosi nam świeczkę odstraszającą komary oraz spray również na komary. Jeszcze tylu na raz nie widzieliśmy, wpadały nam nawet do talerzy!

 

Dzień drugi.

          Dzień zaczynamy  od ciastka z serem i kawy, które kupujemy w jedynym we wsi sklepie i przylegającej do niego kawiarni. To nasze śniadanie. Zaopatrujemy się jeszcze w konieczny prowiant na dalszą część trasy i ruszamy!

 

 

          Początek jest trudny. Każde zetknięcie tyłka z siedzonkiem rowerowym, sprawia ból. Niebo jest zasnute chmurami, chwilami pada deszcz. Jednak świadomość miejsca, bycia tu i teraz oraz wyjątkowe krajobrazy sprawiają, że pedałujemy dalej z radością i ekscytacją! Mijamy co jakiś czas rowerzystów, wymieniamy pozdrowienia – dodaje nam to otuchy! Nie jesteśmy sami!

 

            Kilka kilometrów miarowo i powoli jedziemy przez góry, trasa nieznacznie, ale jednak pnie się pod górę. Pomimo deszczu jest pięknie! Jesteśmy szczęśliwi, że podjęliśmy to wyzwanie. Osiągamy najwyższy punkt na szlaku i dalej już tylko ledwo wyczuwalnie jedziemy w dół. Droga wije się wśród winnic, gajów oliwnych i pastwisk. Mijamy porozrzucane pośród pól domki. Ten odcinek wiedzie głównie terenami rolniczymi.

 

          Ostatnie kilka kilometrów pokonujemy wykutym w skale wąwozem. Jesteśmy na przedmieściach Poreca. To już koniec??? Pojawia się jakiś taki żal, niedosyt.

         Docieramy na wybrzeże! Szczęście i radość maluje się na naszych twarzach! Cieszymy się chwilą, cieszymy się, że udało nam się zrealizować nasze marzenie! Urzeczeni wpatrujemy się skąpane w słońcu stare miasto Porec. Aparaty się grzeją!

 

 

          Zadowoleni ruszamy w kierunku starego miasta na pizzę. Pomimo przeogromnych tłumów turystów, prowadząc rowery, wbijamy się w klimatyczne, wąskie uliczki miasta. Z trudnością przepychamy się przez tłumy ludzi. Szybko rezygnujemy ze zwiedzania.

 

 

Nasz spacer uliczkami Porec:

 

 

 

          Na parkingu dworca autobusowego czeka na nas Srebrna Strzała. W aucie zmieniamy stroje, opłacamy bilet parkingowy i ruszamy w dalszą drogę!

         Rezygnujemy z pobytu  Istrii, ceny kempingów są dla nas za wysokie.

        Jedziemy w znane nam już i lubiane miejsce – kemping Belvedere położony blisko miasta Izola, w Słowenii.

 

Informacje praktyczne:

Informacje dotyczące trasy, jej historię, ciekawe miejsca i wiele, wiele innych znajdziecie na stronie:

http://www.parenzana.net/en

 

  • Auto zostawiamy w Porecu.
  • Autobusem udajemy się do Triestu.
  • Trasa ma swój początek w Trieście, przy muzeum kolei:  St. Andrew station, blisko głównego dworca autobusowego.

 

  • Aby uniknąć męczącego przejazdu przez Triest, doradzamy rozpocząć trasę w miejscowości Muggia, położonej na granicy z Triestem.
  • Na dworcu kolejowym można zostawić rowery w depozycie. Koszt to 8 euro za szt.
  • Bilety autobusowe kupiliśmy jeszcze w Polsce na stronie https://getbybus.com/pl/.
  • Dobrze jest zadzwonić dzień przez podróżą na dworzec autobusowy, poprosić nr tel. do kierowcy i zapytać czy ma miejsce, aby zabrać rowery. Jest wygodniej, choć cena za przewóz roweru jest wyższa niż za depozyt – 10 euro za rower.

 

  • Po ok. 84km w miejscowości Livado nocleg – rezerwujemy wcześniej przez portal Booking.com
  • Z Livado do Porec jest ok. 45km dojeżdżamy do auta i możemy ruszyć w dalszą podróż

 

  • Etap Włochy – Słowenia przebiega przez miejscowości. Są sklepy i restauracje.
  • Etap Chorwacja przebiega w większości z dala od miast, warto zabrać ze sobą napoje i prowiant.
  • na trasie znajdują się punkty naprawcze rowerów, jednak są one położone w dużej odległości od siebie. Warto zabrać zestaw naprawczy do dętek oraz dętkę zapasową

 

  • koniecznie zabierzcie latarki. Część tuneli ma na stałe oświetlenie, część wyposażono w czujniki ruchu, reagują trochę zbyt późno i bez latarek byłoby mało przyjemnie
  • przejechanie trasy w całości jest dość wymagające, z pewnością nie jest dla nowicjuszy :). Jednak spokojnie przejedzie ją każdy kto w miarę regularnie jeździ rowerem. Wytrawni rowerzyści pokonają ją w jeden dzień.
  • rower trekkingowy lub”góral”

4 myśli na temat “Parenzana – rowerem przez trzy kraje.

  1. Bardzo fajna relacja. W najbliższą majówkę chcę przejechać tą trasę również dlatego wasze wskazówki są bardzo pomocne. Czy można prosić o rzut trasy – czy macie ją zapisaną? Z góry wielkie dzięki

    1. Dzień dobry,
      bardzo fajnie tę wyprawę ,lekko poszerzoną, organizuje biuro ’80 rowerów dookoła świata”
      Wybieramy się z nimi w tym roku na majówkę.Zobacz sobie ich propozycję Wydaje się interesująca i dobrze zorganizowana.Byłem z nimi w zeszłym roku na Bornholmie.W ofercie jest dojazd i powrót oraz asysta samochodu.Ta,że nie trzeba wozić szpei na rowerze.
      Jacek.

Dodaj komentarz